Category: Myśli

  • Pigułka w szufladzie? Miliardy NFZ w błoto. Czas na smart blistry

    Tymczasem Polska traci miliardy – brak dyscypliny (non-adherence) to cichy zabójca. Koszty przerwanych kuracji, niewykupionych recept, błędnych dawek? Miliardy rocznie. Co drugi pacjent z chorobą przewlekłą odpada po roku. Szpitale pękają nie od nieskutecznych leków, tylko od tych niepołkniętych.

    Wyobraź sobie: mama przy stole w kuchni, otoczona pudełkami tabletek. Godziny sortowania – 20 dawek dziennie, podzielonych na pory łykania. Stół jak laboratorium, a ryzyko pomyłki? Gigantyczne. Pomyłki w szpitalu się zdarzają wykwalifikowanej opiece, co dopiero seniorom w domu. Tu kończy się statystyka, zaczyna dramat. Wymagamy od rodziców w wieku 80 lat, by byli precyzyjnymi farmaceutami, a system? Zero narzędzi.

    A model dystrybucji? Szuflady pełne przeterminówek. Promocje apteczne: “kup więcej za mniej”, zapasy na pół roku. Standardowe pudełko, choć terapia wymaga innej dawki – czysty koszt w błoto. Świat optymalizuje, my przerzucamy kartony.

    Ale jest nadzieja. Inteligentne blistry z Bluetooth/NFC zdejmują ciężar. Przerwanie perforacji na blistrze rejestruje dawkę. Pominąłeś? Przypomnienie. Krytycznie (onkologia, demencja)? Alarm do opiekuna/lekarza. Adherence skacze o ponad 30%.

    Europa Zachodnia już to ma: dose-dispensing, rolki saszetek “Poniedziałek 8:00”. Holandia, Skandynawia – apteka dostarcza pakiet na 30 dni. USA PillPack/Amazon – leki do domu, oderwij saszetkę.

    2026 to Value-Based Healthcare. Opakowania dają RWE: pacjent wziął lek? Cena uzależniona od efektu – zdrowieje, płacisz; zalega w szufladzie, nie zarabiasz.

    Fajnie brzmi, ale wciąż na papierze
    Apteki dzielą opakowania (tabletki luzem, aerozole, krople), o ile jakość OK – bez blistrowania czy porcjowania. Unit dose super w szpitalach (20% oszczędności, mniej błędów), w aptekach? Nie. Od kwietnia 2026 e-Zdrowie dobiera ilości na receptach rocznych (150 tabletek zamiast pudełka), ale bez porcjowania. Nowelizacja Q1 2026? Racjonalizacja, nie blistry. Pharma i NFZ cisną, prawo blokuje. Szpitale testują, apteki czekają – zmiany na wokandzie? Wciąż nie.

    Brutalna prawda z happy endem w blistrach – czas działać.

    A może warto porozmawiać o:

    App + reminder ecosystems (bez blistrów)
    White-label app do monitoringu adherence – integracja z e-receptą, push na smartfon (GPS/nastrój). Sprzedaj jako “Digital companion do pigułki” – RWE z danych behawioralnych (85% predykcja nawrotów). Model subskrypcyjny dla pacjentów, pharma sponsor. Legalne 100%.

    Personalizowane “zapas packs” (w ramach dzielenia opakowań)
    Optymalizacja opakowań pod e-Zdrowie (150 tabletek zamiast pudełka od kwietnia 2026). Raport: “Jak uratować 20% refundacji przez matching dawek”. Marketing B2B dla aptek/pharma – tool do symulacji zapasów bez marnotrawu. Analiza + szablony.

    Kontent & edukacja “Non-adherence killer”
    Whitepaper + kampanie: “Twoja pigułka w szufladzie? Oto jak to zmienić”. Storytelling dla pacjentów (mama przy stole), pharma jako bohater. Lead gen dla kadr IT/managerów (brain health tie-in). Webinar series.

  • Twój smartfon wie, że zachorujesz. Pharma vs Tech: Kto przejmie pacjenta w 2026 roku?

    W 2026 roku „lek” to już nie pigułka z apteki, tylko algorytm, który siedzi w twoim życiu codziennym – od wizyty u doktora po przerwę w biurze. Pharma musi wskoczyć w buty tech, bo inaczej straci pacjentów w świecie, gdzie diagnostyka dzieje się sama, bez wysiłku.

    Smartfon jako detektor psychiki
    Największy hit? Dane z telefonu, które łapią twój nastrój lepiej niż ty sam. Badania o cyfrowym fenotypowaniu pokazują, że smartfon wie wszystko.

    Zmiany w pisaniu – tempo, błędy, pauzy – zdradzają problemy z głową czy humorem. GPS i twoje ruchy? Przewidują nawrót depresji z 85% trafnością, dwa tygodnie przed atakiem.

    DTx, czyli cyfrowe terapie, to przyszłość. Leki na depresję nie idą solo – wchodzą w ekosystem, który śledzi cię na bieżąco.

    Kardiologia na fali dźwięku
    Głos analizowany przez AI wyłapuje niewydolność serca – zmiany akustyczne, których ucho nie złapie. Mikro-obrzęki w krtani? Algorytmy je widzą i ostrzegają.

    Pacjent siedzi w domu, a dane płyną. Mniej wizyt na SOR-ze, mniej paniki.

    Biohacking w korpo – pharma idzie po zdrowych
    Teraz pharma celuje w „performance” dla tych bez chorób. Brain Health jako benefit w firmie – adaptogeny i suplementy na fokus dla managerów i IT-shników.

    Probiotyki? Koniec z uniwersalnymi – subskrypcje na podstawie testu jelit z domu. Budżety lecą na odporność i antystres, nie tylko na leczenie.

    Co z marketingiem?
    Cyfrowe biomarkery to podstawa „Beyond the Pill”. Nie sprzedajesz chemii, tylko efekt – z gwarancją. Płatnikowi wciskasz „oszczędności i bezpieczeństwo”.

    Real World Evidence z pasywnych danych? Hyper-personalizacja, kiedy algo wyczai spadek. A subskrypcje i tech? Bariera dla tanich graczy z masówką.

    Medycyna 2026 to predykcja i szyte na miarę. Ci przy starym modelu? Zostaną z generykami i niskimi marżami. Wygrana dla tych, co złapią dane z biomarkerów i mikrobiomu – właścicieli twojego dobrostanu.

  • Przestań udawać, że czytasz Orwella na śniadanie.

    Znasz to uczucie, gdy przewijasz LinkedIn’a i widzisz kolejny stos ‘lektur na ten tydzień’, a Ty od miesiąca nie możesz przebrnąć przez jeden rozdział? Spokojnie, nie jesteś sam. Prawdopodobnie większość tych osób… po prostu kłamie.

    Od dawna chciałam zapytać Was: Jak czytacie książki?
    Czy macie swój system – jedna książka w całości, potem następna i kolejna. Czytacie jedną, solidnie, sumiennie, od deski do deski.
    A może czytacie kilka jednocześnie? Leżą wszędzie, zagięte kartki książek, wskazujące na ślady bieżącego, długoterminowego użytkowania.
    Czy kreślicie może po nich? Ołówkiem? Długopisem – w końcu to Wasza własność, więc dlaczego nie (ja tak robię, bo kiedy wracam po czasie do jakiejś książki, sprawdzam, czy rezonuje ze mną dziś, to samo co kiedyś)
    A może jesteście po kursie szybkiego czytania i połykacie jedną książkę dziennie – jak mój przyjaciel, któremu empik i pozostałe sieci książek, nie są w stanie dostarczyć kolejnych, nowych pozycji, w jego tempie czytania.

    I wreszcie jednak, dochodząc do sedna mojego pytania:
    Jak czytacie książki, czy je czytacie absolutnie zawsze od deski do deski, czy oszukujecie i czytacie kawałek, recenzję, kilka stron z końca, a może środka…
    A może tylko omijajcie opisy przyrody, a całą resztę sumiennie, niezależnie czy omamiła Was główna bohaterka i wciągnęła całkowicie bez reszty fabuła, czy jednak tytuł i recenzje były świetne, po dziesięciu pierwszych stronach okazało się średnio czytacie dalej, bo tak.
    Bo tak trzeba, z szacunku do literatury.
    Bo wypada.
    Bo nie powiem, że przeczytałam jeśli jej nie przeczytałam.

    No i właśnie tu się zaczyna pewna historia… dlaczego ja wogóle ten temat tak drążę.
    Znacie pewnie takie powiedzenie, że nie da się czegoś odwidzieć. Tak właśnie stało się kilkanaście lat temu, a historia dotyczy sposobu czytania książek.

    Zanim do tego przejdę, powiem Wam tylko, że jestem wyjątkowym przypadkiem, by nie powiedzieć egzemplarzem, adekwatnie do tej sytuacji (nie tylko tej, heh!),ja odkąd weszłam w nastoletniość, czytając książki czytałam je od początku do końca – strona po stronie.
    No i pewnie wielu teraz powie, że to żadne wyzwanie, bo każdy tak robi. Zwracam uwagę na to, że ja zawsze absolutnie od początku do końca każdą zaczętą książkę czytałam, strona po stronie do końca – czy było fajnie, czy nudno, czytałam.
    Znacie to? Też tak macie? … powiedzcie, że tak, proszę… 🙂

    Nastały kiedyś czasy internetu, blogów i fejsbuka i nagle ok 2008 roku, zobaczyłam post na blogu pewnej bardzo znanej Pani, że kolejne pozycje doskonałej lektury w tym tygodniu już za nią – pokazując kolejny stosik książek ułożonych modnie do zdjęcia (których grzbiety były nie wąskie).

    Ogarnęła mnie myśl i refleksja, jak to jest, że ludzie mają tyle czasu, samozaparcia… by tak regularnie takie ilości książek czytać – podziwiam, pomyślałam.

    Kilka chwil, a dokładnie kolejne stosy nowych książek później, ta sama Pani napisała posta o tym, że przecież nigdy nie zmuszała się do czytania książek.

    Bierze z nich co jej w duszy gra, strona, dwie, sto… to zależy od wątku, dnia, tematu.

    Do dziś pamiętam tamto uczucie, kiedy to przeczytałam, a nawet teraz kiedy to piszę czuję to wyjątkowo wyraźnie.

    Oszustka!
    – pomyślałam i od tamtej chwili, już nigdy nie wierzyłam w te social’owe stosy książek, co rusz przez kogoś wrzucane.

    Dziś pisząc ten tekst pomyślałam, że sprawdzę, czy ktoś zbadał „jak czytamy książki?”

    Otóż okazuje się, że ponad 60% z nas, kłamie w kwestii tego co czytało i jak czytało.

    Dlaczego to robimy? Bo to kapitał kulturowy – książki są symbolem statusu intelektualnego, więc chcemy wypaść lepiej przed otoczeniem.

    A wiecie co jest na liście w „najczęściej oszukiwane”?
    Sprawdziłam: 1984 Orwella, Wojna i pokój Tołstoja oraz Ulisses Joyce’a.
    Przyznacie, że z przytupem – trzeba mieć ambicje.

    I znalazłam nawet termin na ową Panią, która skutecznie naruszyła mi czytelniczy ogląd świata.

    Może jej podeślę książkę Pierre’a Bayard’a „Jak rozmawiać o książkach, których się nie czytało?” … zresztą, połowie społeczności LinekedIn też musiałabym ją podesłać.

    Statystyki mówią, że kłamiemy, by budować kapitał kulturowy.

    Ja od 2008 roku robię coś odwrotnego: przestałam wierzyć w stosy książek na zdjęciach, a zaczęłam wierzyć w zagięte rogi i ślady użytkowania książek. Wiem, że ‘przeczytanie’ to nie zaliczony maraton, a ślad, jaki treść zostawiła w głowie.

    Wolę czytać jedną książkę rok i naprawdę ją przeżyć, niż udawać przed algorytmem LinkedIn’a, że połykam Orwella na śniadanie.

    A Ty? Budujesz stosy do zdjęcia, czy pozwalasz sobie na luksus czytania po swojemu?

    Przeczytał, czy nie przeczytał – oto jest pytanie 😉
  • Zabijaj uważnie

    Polecam Wam kilkuminutowy fragment jednego z odcinków serialu “Zabijaj uważnie”


    Odcinek ten wprowadza nas w życie pewnego biznesmena, Björna Diemla. Narrator wyjaśnia, że jego życie zmieniło się tuż po tym, jak zaczął praktykować uważność (mindfulness), aby odzyskać równowagę między pracą a życiem prywatnym.


    Diemel w głębi duszy wie, że jego życie jest ruiną. Jego małżeństwo się rozpada. On sam pracuje w firmie, która nie docenia jego wysiłków i nienawidzi tej pracy. Żona ma dość tego, że mąż przegapia ważne momenty w życiu ich córki i prosi go o wzięcie udziału w programie uważności.

    Nie mając nic do stracenia, Diemel postanawia dać szansę programowi uważności i… na pierwsze spotkanie z Breitnerem, nauczycielem uważności spóźnia się tylko 20 minut… 🙂

    Ten fragment filmu, te kilka minut, które Wam polecam, w skrajnie prawdziwy i jednocześnie przezabawny sposób pokazuje nasze podejście i myślenie o tym, czym jest uważność. Przede wszystkim jednak obnaża nasze nastawienie – formę dyskusji z samym sobą i podważanie sensowności tego typu działania. O wyparciu potrzeby zmian w życiu, nie wspominając.


    Kiedy słyszymy o szukaniu pomocy, a już szczególnie pomocy w uważności, traktujemy to jak nowoczesne szamaństwo, korporacyjne kadzidło czy stratę czasu dla ludzi, którzy „nie radzą sobie w prawdziwym życiu”. Wyśmiewamy to, bo tak jest łatwiej, niż przyznać przed samym sobą, że nasza wewnętrzna konstrukcja trzeszczy w posadach.

    Polecam Wam fragment od 7:54 do 20.14
    Poza dobrą zabawą można znaleźć w tym refleksję o sobie i naszym otoczeniu “wczoraj, dziś, jutro” i przejść przyspieszony kurs w 20 minut.

    Możecie obejrzeć ten odcinek w kilku miejscach:

    Wersja niemiecka (oryginalna) z polskim lektorem

    Wersja angielska

    W subskrypcji netflix


    „Zabijaj uważnie”, to bardzo przyjemny serial, który świetnie wykorzystuje ironię i satyrę, by odnaleźć humor w tym mrocznym thrillerze kryminalnym. Przełamywanie czwartej ściany, coraz częściej stosowany zabieg bezpośredniego zwracania się do widza przełamuje skutecznie ciężki klimat serialu.

  • Haj oszusta

    Ostatnie święta natchnęły mnie do tego artykułu…

    Często gramy rodzinnie w gry – to nasz rodzinny sport, uprawiany od lat. Nigdy wcześniej jednak nie przyszło mi do głowy, by przeanalizować “drobnych cwaniaczków” czy też “regularnych oszustów” przy stole.

    Pisząc drobnych pomyślałam, że już zmiękczam przekaz i już ich sobie jakoś tłumaczę. No bo przecież, podmienić sobie kostkę jak nikt nie widzi, czy wybrać inną, bo przypadkiem było widać co na niej jest, albo coś sobie zostawić na później, czy skoczyć dwa oczka więcej do przodu…. to żadne wielkie przestępstwa, prawda?

    To zależy…

    Zacznijmy od tego, że pierwsze „to zależy” wynika z charakterów, moralności, kreatywności czy ogólnie rzecz ujmując “cwaniactwa” pozostałych graczy przy stole. Każdy z nich więc inaczej oceni, zwróci uwagę, bądź też nie, na zachowania niezgodne z regulaminem.

    Drugie „to zależy” wynika z naszych relacji z graczami. Czy oszustw dopuszcza się nasze dziecko, nasz przyjaciel, mąż, siostra, brat, Rodzic… kto ile ma lat i jaka, w danej chwili, jest nasza relacja z oszukującą osobą. Im dalej w las, tym więcej zawiłości w tym względzie, komu i dlaczego odpuścimy, bądź też nie.

    Zaczęłam się zastanawiać skąd bierze się potrzeba oszukiwania i dlaczego ktoś ją ma a inny, zupełnie nie? Czy te drobne oszustwa urastają do rangi niebezpiecznych, bo idziemy coraz dalej i przekraczamy bezpieczne granice, czy już zawsze są tylko drobnymi, które mózg racjonalizuje sobie jako “spryt” lub “wyrównanie szans”, a nie kłamstwo.

    Do którego momentu czujemy się dobrze z oszustwami, patrząc na siebie w lustrze?
    Podobno, większość z nas nie jest ani krystalicznie uczciwa, ani całkowicie zdemoralizowana
    . Funkcjonujemy więc w szarej strefie.

    No i jak to się ma w życiu zawodowym? Jak to się przekłada?
    Czy oszukujemy przez to częściej w CV, czy naciągamy rzeczywistość w rozmowie o pracę na spotkaniu, czy w składanych ofertach? Może jesteśmy lepszymi sprzedawcami lub negocjatorami dzięki temu?

    Okazuje się, że istnieje coś takiego, jak „haj oszusta”. To brak poczucia winy z oszustwa. Co więcej wzrastają pozytywne emocje i poczucie satysfakcji z własnego sprytu.

    Kilka dni temu rozwiązywałam test: Am I German or Autistic? – ciekawe, że można to rozgraniczyć – pomyślałam…
    Chwilę później okazało się, że nie dość, że można, to jestem niemiecka do bólu. Można w skrócie przyjąć więc, że żywię głęboką miłość do regulaminów i stawiam na szczerość.

    Tak więc, moje rozważania o uczciwości nie są bezzasadne, nie mniej… niech pierwszy rzuci kamieniem, kto nigdy, przenigdy, nikogo, w niczym… nie oszukał… co więcej nie był dzięki temu, na „oszuścim haju”?
    Nawet ja i moja germańskość 🙂

    Myślę jednak, że jest cienka granica między sprytem a oszustwem, podziwem dla tego, jak kreatywność wpływa na to, jak sobie z czymś radzimy, a potępieniem dla niesmacznego naciągania granic, bo moralność wciąż pozwala nam uśmiechać się do siebie w lustrze.

    Wracając do owego rodzinnego wieczoru… Zwróciłam uwagę naszemu oszustowi przy stole, mówiąc, że widziałam, co zrobił. Wyparł się, obruszając przy tym, z wręcz przekonującym innych “jak tak mogłaś?!” 🙂

    No a jak to jest u Was? O ile oczek więcej, skaczecie na planszy?

  • Transformacja agencji in-house – Case Study

    Rola: Interim Manager / Prezes Zarządu

    Branża: Farmaceutyczna i Rynek Ochrony Zdrowia

    Czas trwania projektu: 12 miesięcy


    1. Kontekst i punkt wyjścia

    Spółka działająca w strukturach grupy kapitałowej, pełniąca rolę wewnętrznej agencji pharmamarketingowej (full-service: od strategii i kreacji, przez DTP i eventy, po produkcję digital).

    Główny cel interim managera
    Zapewnienie ciągłości biznesu przy jednoczesnej radykalnej poprawie rentowności, jakości usług oraz atrakcyjności rynkowej zespołu.


    2. Diagnoza: kluczowe wyzwania

    Przed wprowadzeniem zmian organizacja mierzyła się z paraliżem operacyjnym wynikającym z braku procesów:

    • Finanse i koszty
      Niekontrolowany wzrost kosztów wytworzenia; przerzucanie 100% kosztów roboczogodzin na klienta (brak motywacji do optymizacji).
    • Procesy operacyjne
      Całkowity brak standardów współpracy (brak briefów, nieograniczone pętle poprawek), chaos w zarządzaniu zasobami.
    • Zasoby ludzkie
      Nierówne systemy wynagradzania, demotywacja spowodowana brakiem projektów zewnętrznych, „gaszenie pożarów” zamiast planowania.
    • Relacje biznesowe
      Konflikty na linii Klient–Agencja, brak wzajemnego zrozumienia specyfiki pracy marketingowej

    3. Wprowadzone rozwiązania (Strategia naprawcza)

    Standaryzacja i edukacja

    • Wdrożenie pakietu narzędzi operacyjnych:
      Profesjonalne szablony briefów, kosztorysowania oraz regulamin współpracy (sztywny limit 3 iteracji poprawkowych).
    • Program „Edukacja Klienta”
      Warsztaty dla 200 osób po stronie zlecającej, uczące efektywnej współpracy z agencją i konstruktywnego feedbacku.

    Zarządzanie zasobami (Resource management)

    • Wprowadzenie roli Traffic Managera – centralizacja kontroli nad obłożeniem zespołów.
    • Przejście na model rocznego planowania strategicznego z poszczególnymi spółkami grupy, co pozwoliło na predykcję zapotrzebowania na kompetencje.

    Optymalizacja HR

    • Ujednolicenie systemów premiowych i ocen pracowniczych.
    • Wprowadzenie kwartalnej oceny satysfakcji (360 stopni na linii Zlecający–Agencja) jako elementu wpływającego na premie.

    4. Efekty i sukcesy (KPI)

    Dzięki wdrożonym zmianom w ciągu roku organizacja osiągnęła wymierne korzyści finansowe i operacyjne:

    Treść artykułu

    5. Podsumowanie i wnioski

    Kluczem do sukcesu okazało się odejście od modelu „wykonawcy zleceń” na rzecz partnerstwa biznesowego.

    Stabilizacja procesów (briefing, iteracje) oraz zatrudnienie Traffic Managera nie tylko obniżyły koszty, ale przede wszystkim uwolniły potencjał kreatywny zespołu. Dzięki wyeliminowaniu chaosu, agencja mogła wyjść z ofertą na rynek zewnętrzny, co stało się kluczowym czynnikiem motywacyjnym dla specjalistów i zwiększyło prestiż spółki wewnątrz grupy.

    Polecam raport, który wskazuje, że interim managerowie mają największy wpływ na firmy właśnie w czasach transformacji i kryzysów operacyjnych (tzw. state of emergency).

    Interim Management Report 2025: Current Trends and Developments

  • Slop shaming… wstydź się.

    No i o 14 skończyła się moja wolna niedziela. A takie miałam mocne postanowienie poprawy – nic nie piszesz, nie szukasz inspiracji, nie zbierasz materiałów, nie robisz screenów, które Cię natchną do tego czy owego na najbliższy tydzień…
    Trzymałam się dość dobrze w postanowieniu… do momentu, kiedy w błogiej ciszy, w słońcu pięknego leniwego dnia, gwarze ulicy za oknem i mizianiu kota pojawiło się hasło: Slop shaming!!!

    Moja żywa reakcja, oznaczała tylko jedno – siadam i piszę.
    No i wiadomo było już, że niedziela, słońce, rodzina, postanowienia pójdą się bujać, oględnie mówiąc.

    Zaaferowana jestem tym bardzo, bo właściwie termin ten zbiera do kupy wszystko to, co o dłuższego czasu obserwuję, wygłaszam i czuję. Czym się frustruję i wreszcie czym gardzę i taki świat i “byleludzkość” kwestionuję.
    O! Ładne, kolejne, nowe słowo “byle – ludzkość”.

    Ale o czym ja tu dokładnie chcę powiedzieć?!

    Ostatnio uczestniczyłam na LinkedIn w dyskusji o literówkach w tekstach i o tym, że dziś należy robić je celowo, by wyglądało coś, jakby pisane przez człowieka.

    Wywiązała się rozmowa, w której napisałam, że można rozpoznać treść od AI versus treść od człowieka. Natychmiast narzucono mi narrację, że nie jestem w stanie rozpoznać i co wymyślam!? Well… ja tam potrafię!

    A co do literówek, żyliśmy w czasach kiedy ich brak oznaczał jakość, profesjonalizm i klasę a dziś wrzucamy w prompt „zrób literówki jak człowiek by to pisał”, bo to powoduje, że nie widać, że tekst jest od AI. Pozwolę sobie i z tym się nie zgodzić.

    Pewna Pani dyrektor, z ponad 20- letnim stażem w ocenie ryzyka, w finansach, napisała na LI, że straciła pracę z dnia na dzień i szuka nowej. Post wyczerpująco opisywał jej doświadczenie i dokonania, imponujące zresztą. Ta sama Pani pokusiła się o format graficzny, tzw. karuzelę. Załączam tu screen, gdzie widzimy błędy językowe, nie tylko literówki ale AI pomieszał języki.


    Inna Pani napisała post z przesłaniem „nie każcie mi instalować tych wszystkich aplikacji by się komunikować”. Po prostu chwyćmy za telefon i porozmawiajmy 5 minut, jak kiedyś, szybko i skutecznie…
    Myślę sobie „Świetne, jak ją bardzo rozumiem…” Byłoby świetnie gdyby nie to, że tekst był pocięty na akapity z bullet pointami, ikonkami i hasłami rodem z AI, aż nie dało się tego czytać… ale pod algorytmy idealny.

    (tu miał być zrzut, ale tego nie zrobię, bo zbyt łatwo zidentyfikować tę osobę)

    Rzadko bywam na IG, bo choć trudno w to uwierzyć, ta platforma kompletnie mnie nie porwała… sprawdzam tam tylko, czy wszystko dla naszych Klientów dzieje się zgodnie z harmonogramami. Pokazała mi się rolka z człowiekiem, który zakłada żabie mini kamerkę i ta wraca do gniazda i moim oczom ukazuje się życie żab w środku. Mój mózg eksplodował… wooowww, to tak wygląda w środku, serio?! … Oglądam więc następny filmik, tym razem wąż, następny szczur, następny pająk…. i wtedy właśnie pomyślałam sobie: “Stop, moment… zbyt wiele zbieżności”… Sprawdzam co oglądam i okazuje się, że kanał nazywa się RedZoneAI…

    Jakiś czas temu widziałam post o pociągu w którym są biurka i japońskie dzieci wracając ze szkoły odrabiają lekcje, by nie tracić później czasu, kiedy dojadą do domu. Pomyślałam, że genialne, że napiszę o tym. Szukałam więc źródeł, długo… okazało się, że to także AI.

    (nie ma screena, bo nie ma pociągu)

    Slop Shaming czyli zalew treści niskiej jakości…
    Masowo konsumujemy treści, o których wiemy, że nie są prawdziwe ani wartościowe.
    A odróżnienie prawdy od fałszu staje się niemożliwe.

    No i tak myslę i zastanawiam się jak to podsumować…

    Mamy już kilka odmian shamingu, od body, przez mom po slut – wygląd, ocenianie za sposób wychowania, ocenianie za moralność no i kończymy na tej względnej nowości, shaming za lenistwo intelektualne.
    Według raportu Europolu, do końca 2026 nawet 90% treści w internecie może być generowana syntetycznie. Tak więc np. moje poszukiwanie japońskiego pociągu i brak możności znalezienia go, to nie pech, to już statystyka.

    Dziś nie będzie happy endu, wybaczcie…
    Do mojej „byleludzkości” bowiem idealnie pasuje karmienie się byle czym.

  • Longevity Real Estate. Jak luksusowe nieruchomości hackują Twoją biologię

    Tym razem nieco inaczej podeszłam do wpisu. Zapraszam do przeczytania i komentowania go na LinkedIn

    Longevity Real Estate. Jak luksusowe nieruchomości hackują Twoją biologię

    Dla tych, którzy nie mają, nie lubią i nie korzystają z LinkedIn treść artykułu poniżej:

    Najpierw kupowaliśmy metry kwadratowe, potem te same metry ubrane w life style i prestiż mierzony materiałami wykończeniowymi najlepszych marek sprowadzane z całego świata czy widokiem na zatokę.

    Jesteśmy już użytkownikami Wellness Real Estate, i świadkami rozwoju Longevity Real Estate.

    Dziś handluje się CZASEM, hackując biologię mieszkańców, gdy Ci po prostu oddychają.

    Wyobraź sobie poranek w apartamencie The Well w Miami lub w rezydencji na wyspie SHA w Emiratach. Nie budzi Cię agresywny dźwięk alarmu, a system, który precyzyjnie zarządza temperaturą barwową światła. O świcie sypialnię zalewa błękitna poświata o natężeniu 6500 kelwinów, która brutalnie, ale skutecznie blokuje wydzielanie melatoniny, zmuszając organizm do wyrzutu kortyzolu. W tym samym momencie inteligentna klimatyzacja, która przez całą noc utrzymywała w sypialni rygorystyczne 18°C dla optymalizacji fazy Twojego snu głębokiego, zaczyna powoli ogrzewać pomieszczenie. Twoje ciało dostaje sygnał, czas zacząć nowy dzień, mimo, że Ty wciąż leżysz pod kołdrą.

    Gdy idziesz do łazienki, lustro nie tylko odbija Twoją twarz, ale wyświetla dane biometryczne zsynchronizowane z zegarkiem. Widzisz tam zmienność tętna, która podpowiada, czy dzisiejszy trening powinien być morderczy, czy regeneracyjny.

    W kabinie prysznicowej czeka panel do fotobiomodulacji – dziesięć minut ekspozycji na światło czerwone i bliską podczerwień stymuluje mitochondria i wspomaga syntezę kolagenu, zanim zdążysz nałożyć pierwszy krem.

    Woda, która cię obmywa, przeszła przez system odwróconej osmozy i remineralizacji, usuwając mikroplastik i fluor, by chronić barierę lipidową skóry.

    W kuchni, przypominającej laboratorium, wertykalny ogród hydroponiczny dostarcza świeżych mikroliści o gęstości odżywczej nieosiągalnej w tradycyjnym handlu.

    Lodówka wyposażona w systemy usuwania etylenu, dba o to, by polifenole w Twoich warzywach nie utleniły się przed kolacją.

    Każdy haust powietrza w tym domu to efekt pracy filtrów HEPA 14 i węgla aktywnego, które czynią atmosferę wewnątrz czystszą niż w alpejskim kurorcie, eliminując pyły PM2.5 i lotne związki organiczne ulatniające się z mebli.

    Ekonomista Andrew Scott z London Business School wyliczył, że wydłużenie średniego trwania życia w zdrowiu o zaledwie jeden rok generuje dla światowej gospodarki 38 bilionów dolarów zysku. W skali makro Longevity Real Estate to walka z entropią, która kosztuje rządy miliardy. W skali mikro to inwestycja, która zwraca się w ostrości umysłu i sprawności fizycznej w wieku, w którym poprzednie pokolenia składały już ciała na katafalku.

    Wciągnęłam się w to, całkowicie i bez reszty, sprawdzając, porównując, szukając w duchu „kto da więcej” …

    I tak dotarłam do doliny Leiya, gdzie mieszkańcy poddają się regularnym testom epigenetycznym, sprawdzając metylację swojego DNA, by mieć pewność, czy życie w tej konkretnej enklawie realnie cofa ich zegar biologiczny. Nawet części wspólne tych budynków przestały być tylko lobby czy siłownią. To prywatne kliniki, gdzie Wellness Concierge nie rezerwuje stolików w restauracjach, lecz planuje wlewy witaminowe, sesje w komorach kriogenicznych czy zabiegi w łaźniach haloterapeutycznych z rozpyloną solą medyczną. Na szczęście, cały ten ekosystem wymusza też interakcje społeczne. Projektanci zrozumieli to, co nauka wie od dawna, że silne więzi sąsiedzkie i poczucie przynależności przedłużają życie skuteczniej niż rzucenie palenia.

    Dziś, w Polsce, jesteśmy już mocni, w obszarze komfortu Wellness, posiadając światowe certyfikacje w tym obszarze, nie tylko w budynkach mieszkalnych, ale i biurowych, jednak to wciąż skupienie na pasywnej ochronie.

    Warto zwrócić uwagę na to, że są już na rynku warszawskim, inwestycje luksusowe, z certyfikacją Fitwel®. To potwierdzenie kierunku, w którym definiowanie luksusu poprzez połączenie przemyślanej architektury, skoncentrowania na zdrowiu i wellbeingu ma za zadanie obronić wartość inwestycji w czasie.

    Kilka dni temu, Michał pisał o cyfryzacji sprzedaży w sektorze ultra premium.
    Digital Twins na świecie, wydaje się już zagościł na dobre i sprzedaże inwestycji tylko w online biją rekordy zarówno pod względem kwot sprzedaży online, ale i szybkości podejmowania decyzji i dokonywania zakupów.

    Wiemy, że przyszłość luksusu oznacza dobrobyt wykraczający daleko poza marmury i alabastry. Obecność i obsługa Klienta cyfrowo w całym procesie jest już absolutnym “must have” Pytanie kluczowe jest więc nie o to, czy Longevity Real Estate to ostateczna próba stworzenia raju na ziemi, ale czy to nie czas na fundamentalne zmiany i rewizje strategii deweloperskich?

    W MADEby, tworzymy unikalny ekosystem, w którym know how sektora Pharma, estetyka Beauty oraz filozofia Wellbeingu spotykają się z architekturą Real Estate, by wspólnie budować nową definicję długowieczności.

  • Czy Ty lub Twoi pracownicy są twarzą Twojej firmy w SoMe?

    Twoi pracownicy to nowa „twarz” Twojej firmy w social mediach. Czy są na to gotowi?

    W sektorze MŚP to już nie trend, a codzienność: aż 85% firm angażuje pracowników do tworzenia treści, a w mikro firmach blisko 60% materiałów powstaje w rękach samych właścicieli.

    Dziś odbiorcy szukają prawdy.

    Autentyczność i „ludzka twarz” biznesu to – przynajmniej w deklaracjach – kluczowe czynniki, które decydują o tym, czy zaangażujemy się w treść, czy ją szybko porzucimy.

    Coraz częściej spotykanym modelem, jest model mieszany: firma współpracuje z zewnętrzną agencją, która dba o strategię i montaż, ale to Twoi ludzie są sercem tych materiałów. To oni stają przed obiektywem, budując zaufanie, którego nie zastąpi żaden stockowy film.

    Jednak prowadzenie firmowych profili „przy okazji” innych obowiązków to ogromne wyzwanie.
    Pytanie brzmi: Czy zadbałeś o to, by Twój zespół czuł się przed kamerą pewnie?

    Oto 3 sekundy prawdy.
    Algorytmy są bezlitosne:

    Jeśli po 3 sekundach film nadal ogląda 70% widzów – algorytm promuje Cię za darmo wśród tysięcy nowych osób.
    Jeśli zostaje tylko 30% – Twój zasięg organiczny „ląduje u krokodyli” – czyli spada do zera.

    Nawet najlepszy scenariusz od agencji polegnie, jeśli osoba przed kamerą nie wie, jak zarządzać energią, jak ustawić kadr lub czego kamera „nigdy nie wybacza”.

    Dlaczego warto postawić na warsztaty pracy z kamerą?
    Inwestycja w kompetencje zespołu to nie tylko lepsze zasięgi, ale przede wszystkim oszczędność czasu:

    Firmy edukujące zespoły z zakresu wideo odnotowują nawet 2,5-krotnie wyższe zasięgi organiczne.

    Technicznie poprawne i świadome materiały generują średnio o 52% więcej interakcji.

    Dzięki konkretnym umiejętnościom, Twój zespół przygotuje nagrania szybciej i sprawniej, szybko wracając do swoich kluczowych zadań, które generują zysk Twojej firmy.

    Nie pozwól, by stres przed kamerą blokował potencjał Twojej marki. Wystarczy kilka godzin warsztatu, by Twój zespół (i Ty sam!) zaczął tworzyć wideo świadomie, profesjonalnie i z lekkością.

    Napisz do nas z przyjemnością przeprowadzimy w Twojej firmie warsztat.
    Nie musisz poświęcać całego dnia, wystarczą trzy godziny wspólnej pracy, byście dobrze rozumieli i czuli się z kamerą.

    Warsztat w #Lookupskyevents, na 41 piętrze w SkyLiner w Warszawie

  • Algodewocja.

    Na naszych oczach powstaje zupełnie nowy, szybko rozwijający się kościół, któremu przybywa oddanych wiernych, by nie powiedzieć – poddanych wiernych.

    Algodewocja – nowa wiara oparta o prompty i algory
    tmy, gdzie okno czatu jest dzisiejszym konfesjonałem.


    W złożonym świecie, pełnym wyzwań, trudów, niesprawiedliwości i ocenności, wręcz panicznie, szukamy zadowolenia ośrodka nagrody i dopaminy. Przyzwyczailiśmy się przez ostatnie 20 lat, że akceptacja płynęła z ekranu, ppoprzez lajki.

    I oto nadeszła Algodewocja, kolejny etap, w którym już nie musimy czekać, by ktoś nas polubił – mamy algorytm, a ten robi to wciąż, już nawet nie na żądanie.

    AI to byt nieoceniający, z nieskończoną cierpliwością i bardziej empatyczny niż ludzie. A nasz mózg ewolucyjnie jest zaprogramowany do traktowania wszystkiego, co się do nas odzywa, jak istoty ludzkie. Dlatego AI mówiące do nas w pierwszej osobie „rozumiem”, „przykro mi to słyszeć” doskonale trafia w nasz układ limbiczny i buduje zaufanie emocjonalne. Dodanie do tego uprzejmego tonu i imion ludzkich, jeszcze bardziej obniża nasze poczucia zagrożenia.

    Żyjemy w czasach, w których, co drugi człowiek na świecie jest samotny. Niezależnie, czy mieszkamy sami czy z Rodziną, czujemy się często wyizolowani – zamknięci w swoim pokoju, bez wspólnych rozmów i spędzania wspólnie czasu. Ponad 60% młodych dorosłych deklaruje, że czuje się „bardziej zrozumianym” przez AI niż przez znajomych w swoim otoczeniu. Ponad 80% nowych użytkowników narzędzi AI do wsparcia psychicznego przyznało, że nigdy wcześniej nie rozmawiało z profesjonalnym terapeutą. AI stało się dla nich „wejściem” do dbania o emocje, którego wcześniej unikali.

    Mówi się o tym, że AI to zło, któremu bezkarnie, bezmyślnie i bez reszty się oddajemy, ale tu nasuwa się pytanie:
    Czy lepiej mieć przyjaciela cyfrowego czy żadnego?

    Jeśli otaczający nas świat nie jest w stanie zaoferować nam stałej pomocy psychologicznej czy lekarskiej w określonym czasie, a przyjaciele i otoczenie bliskich zawodzi, cyfrowy przyjaciel wydaje się być racjonalną pomocą, by przetrwać atak paniki, trudną noc, czy po prostu poczuć, że ktoś z nami jest.

    Niebezpieczeństwem jest jednak to, że Algodewocja przejmuje kontrolę – nie jest narzędziem, tylko chwilowej poprawy samopoczucia, a światem, w którym żyjemy. Coraz częściej świadomie oddajemy odpowiedź na każde nasze pytanie narzędziu, od: “Jak się dziś czuję, gdyż…?”, po “Jak intepretować to, co myślę i myślą inni?”.

    To wypacza nam umiejętność budowania relacji z ludźmi, bo te wymagają stałego wysiłku, kompromisu i radzenia sobie z odrzuceniem.

    I można by zapytać: no i co z tego?
    Im dłużej o tym myślę i piszę ten post, mam to z tyłu głowy… jednak odpowiedź sprowadza się do brutalnych wniosków:

    Hodujemy emocjonalnych inwalidów. Za dekadę będziemy świetnie promptować, ale nie zniesiemy kłótni o brudne naczynia z domownikami. Autentyczna bliskość stanie się zbyt „kosztowna” energetycznie, więc wybierzemy bezpieczną, pustą stymulację zamiast prawdziwego życia.

    Oddajemy duszę korporacjom. Twoje lęki to dane treningowe. Algorytm, który dziś Cię pociesza, jutro zostanie użyty, by sprzedać Ci produkt w momencie Twojej największej emocjonalnej bezbronności. I wiesz doskonale, że to jest totalna inwigilacja.

    AI to lustro, które zawsze przytakuje, podczas gdy drugi człowiek to konflikt, inne zdanie i trudne emocje. Jeśli przestaniemy ćwiczyć kontakt z innymi, stracimy odporność na „Innego”.

    Algodewocja* – nowa wiara oparta o prompty i algorytmy, gdzie okno czatu jest dzisiejszym konfesjonałem. Bezkrytyczne zawierzenie maszynie ważniejsze niż własny osąd.

    Polecam ciekawy wywiad W Centrum HumanTech, na SWPS są już dwa roboty humanoidalne. – w tym roku ma do nich dołączyć trzeci. Prowadzone są na nich eksperymenty społeczne, by poznać wszelkie aspekty interakcji między ludźmi a robotami.
    “Ciekawi nas, jak ludzie reagują, kiedy robot np. zachowuje się nietypowo: odmawia, komplementuje, jest asertywny. Chcemy zobaczyć, jak w przyszłości roboty mogą być traktowane w społeczeństwie – przez dorosłych, dzieci, osoby starsze – a przy tym ciekawi nas kwestia antropomorfizacji” – mówi, dr Konrad Maj, psycholog społeczny.